Mowa o Oskarze Pistoriusie, biegaczu z RPA, który mając 11 miesięcy stracił obie nogi. Nauczył się poruszać na specjalnych protezach, które wyglądają jak wąskie deskorolki starego typu o krzywiźnie bumerangu. Oskar potrafi na nich nie tylko chodzić, ale także biegać i jego ogromnym marzeniem jest zdobycie upragnionego medalu na najważniejszych zawodach lekkoatletycznych na świecie.
Mało brakowało, żeby jego sen spełnił się już 4 lata temu podczas igrzysk w Pekinie. Trybunał Arbitrażowy przy Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim dopuścił południowoafrykańskiego biegacza do startu ramię w ramię z pełnosprawnymi biegaczami. Nigdy wcześniej w historii nie miało miejsca takie wydarzenie. Pistorius miał tylko jeden warunek - musiał spełnić minimum kwalifikacyjne, które dla jego dystansu 400 metrów wynosiło 45,55 sekundy. Biegaczowi zabrakło 0,7 sekundy i nie mógł wystąpić w biegu indywidualnym. Związek lekkoatletyczny z RPA nie zezwolił na start w sztafecie tłumacząc to względami bezpieczeństwa. Obawiano się, że protezy mogą w tłumie biegaczy zahaczyć o czyjeś nogi czy ciało i doprowadzić do kontuzji. Niezrażony Pistorius zdobył złote medale na wszystkich dystansach sprinterskich na Paraolimpiadzie i marzył dalej.
Wymarzony start na obecnej olimpiadzie w Londynie jest już w jego zasięgu. Niecały rok temu przebiegł 400 metrów w czasie 45,07 sekundy spełniając olimpijskie kryterium. Może już spokojnie czekać na start w swoim biegu. Za jego sukces odpowiada amerykański specjalista od protez, Van Philips. Gdy stracił nogę w wieku 21 lat, poczuł na własnej skórze, jak trudne jest życie z dotychczas stosowanymi protezami. Kilka lat pracował nad wynalazkiem, który nazwał Flex-Foot. Innowacyjność jego pomysłu polega na tym, że sztuczne kończyny umożliwiają podskoki i bardziej efektywne stawianie kroków.
Jest to możliwe dzięki giętkiemu tworzywu z włókien węglowych, które magazynuje w sobie energię powstająca podczas ruchu. Jego działanie można porównać do nakręcanej sprężyny w mechanizmie zegarowym. Wystarczy jedno nakręcenie i cały układ działa przez pewien czas. Podczas ruchu na Flex-Foot można o wiele bardziej efektywnie poruszać się, bo protezy niejako pomagają w stawianiu kolejnych kroków. Obecnie Van Philips pracuje także nad projektem tanich sztucznych kończyn dla osób z krajów rozwijających się, które zostały okaleczone na polach minowych.
Innym usprawnieniem technologicznym, które doskonale służy człowiekowi są roboty zdolne pracować na salach operacyjnych. Dzięki współpracy NASA, Agencji Zaawansowanych Obronnych Projektów Badawczych (DARPA) oraz Pentagonu powstały dwa super projekty robotów-chirurgów: Zeus i Da Vinci. Ten pierwszy zoperował pacjenta we Francji rękami chirurga znajdującego się wtedy w Nowym Jorku w 2001 roku. Zabieg się udał, zdalnie wycięto wtedy woreczek żółciowy. Od momentu tego przełomowego wydarzenia zestaw Zeus sprzedawano za niecały milion dolarów. W 2003 roku doszło do połączenia twórcy robota, firmy Computer Morion z Intuitive Surgical (tych od Da Vinci). Da Vinci był projektem bardziej zaawansowanym, zdolnym do bardziej skomplikowanych operacji. To spowodowało, że zawieszono prace nad Zeusem.
Mimo iż zestaw Da Vinci kosztuje średnio 1,3 miliona dolarów, a co kilka zabiegów trzeba wymieniać cały komplet narzędzi (za kolejne dziesiątki tysięcy dolarów), na świecie pracuje już ponad 2 tysiące takich cybernetycznych chirurgów. Według analityków ostatnio sprzedaje się jeden taki zestaw Da Vinci dziennie. Zabiegi przeprowadzane przy pomocy takich automatycznych specjalistów są o wiele mniej inwazyjne i niosą mniejsze ryzyko komplikacji. Pacjent szybciej wraca do pełnej sprawności, a to z kolei skraca czas pobytu w szpitalu. Jednym słowem – same zalety. Gdyby tylko nie ten astronomiczny koszt...